Dziennik pokładowy

Home Dziennik pokładowy

SESJA 1 czwartek 19.00

Jest nas dziesięcioro uczestników – pół na pół dziewczyn i chłopaków, plus dwóch prowadzących – Filip i Paweł. Siedzimy w kręgu, na matach, niektórzy opatuleni kocem. Przyjemnie, ciepło, cicho. Zaczynamy symbolicznie od zapalenia świecy – Paweł żartuje, że podobieństwa do religijnych rytuałów są przypadkowe – to nie jest nabór do sekty o nazwie “Mindfulness”. Kilka słów wstępu, krótka prezentacja prowadzących i pytanie do nas – po co tu jesteśmy. Każdy mówi, ile chce, niektórzy poprzestają na imieniu. Wielu przyciągnęła ciekawość, nadzieja, Piotrek ma za sobą  kurs uważności i zachęcony efektami (cyt. “to zmieniło moje życie”) chce więcej. Ja też chcę więcej – to moje drugie podejście do kursu. Poprzednio zaliczyłam tylko pierwsze spotkanie. Dostałam materiały wraz z płytą i – z wytrwałością, o którą się nie posądzałam – codziennie podążałam za głosem Filipa w medytacji kierowanej. Dlaczego? Na początku – dla relaksu, później – bo w miarę praktyki w mojej głowie robiło się ciszej i zaczęłam radzić sobie z atakami “myślowej sraczki”.

To ostatnie określenie robi błyskawiczną karierę wśród uczestników. Tylko Jacka zniesmacza taki styl odnoszenia się do produktów umysłu. Nawykowo – jak my wszyscy – odnosi się z szacunkiem do myśli, kłania im się, jakby były objawieniem prawdy. Wierzy w potęgę  umysłu. Ja – poza tym, że cenię mój umysł za praktyczne zdolności – wiem, jaki bywa toksyczny. Niektóre z jego wytworów uważam za mniej warte niż  produkt końcowy przemiany materii. “Sraczka” to właściwe określenie dla wszystkich ocen, interpretacji, przekonań, które ujawniają się w mojej głowie, żeby mnie dręczyć. Walka z nimi jest z góry skazana na porażkę – myślowa reakcja “znów sobie dowaliłam, miałam tego nie robić” – to tylko produkowanie kolejnych myśli, nakręcenie spirali obwiniania siebie, wyrzutów. Czy mogę wpływać na swój proces trawienny? Zarządzać nim?  Wiadomo – nie. Proces myślowy – jak trawienie czy oddychanie – po prostu zachodzi – automatycznie, sam. Przecież gdybym nim kierowała, wyeliminowałabym na zawsze dołujące czarne myślociągi. Zła wiadomość jest taka – nie da się wygrać ze swoimi myślami, dobra – wcale nie trzeba tego robić. Żeby się od nich uwolnić wystarczy nauczyć się być uwagą w bieżącej chwili, w rzeczywistości, a nie w głowie, doświadczać życia zamiast zasilać swoją energią myślowy generator. Myśli pozwalają się obserwować – jeśli obserwujesz nie utożsamiając się – jaki myślowy potwór może ci zagrozić? “Ale jestem beznadziejna, próbuję się tu wymądrzać” – ha, ha – widzę cię – stara dobra myśl, znów przyszłaś – siadaj, rozgość się, piszę  kilka słów o kursie mindfulness na prośbę Pawła i Filipa… – tak to mniej więcej wygląda w praktyce.

A o ćwiczeniach praktyki uważności pisać szczegółowo nie będę – nie chcę psuć Ci zabawy, jeśli zdecydujesz się na przygodę pod nazwą Uważność. Powiem tylko, że na piewrszej sesji część uczestników ucięła sobie drzemkę. “To też jest w porządku” – skomentowali prowadzący.

Powyższe stwierdzenie jest leitmotivem kursu – pewnie usłyszymy je jeszcze nie raz; “każda reakcja jest właściwa, skoro już jest, pozwól sobie na nią” – czy to podejście nie jest nowe, uwalniające i otwierające? Czy nie zachęca do eksperymentu o nazwie Mindfulness?

 

 

SESJA 2 czwartek 19.00

Za nami pierwszy tydzień indywidualnej domowej praktyki. Rozmawiamy o trudnościach, na jakie napotykamy. Wielu z nas praktyka kołysze do snu 🙂 Budzimy się wypoczęci i zdziwieni, że głos na płycie oznajmia koniec ćwiczenia. Nic to – powraca refren – “to też jest w porządku” – można spróbować praktyki z otwartymi oczami albo w porze przypływu mocy.

Ciekawsza od trudności – naturalnych na początku – jest nasza reakcja na wstęp poprzedzający ćwiczenie. Kojący głos Filipa mówi między innymi – bądź z tym, co się pojawia, nie oceniaj, nie poprawiaj, nie zmieniaj, tylko obserwuj. Nie ma nic do osiągnięcia, chodzi raczej o przyzwolenie na bieżące doświadczenie. My – nawykowo zorientowani na cel, chcemy to przede wszystkim zrobić “porządnie” – cokolwiek to znaczy, mieć jak najlepsze efekty; nasza wyostrzona autokrytyka jest gotowa w każdej chwili poderżnąć nam gardło za chwilę rozkojarzenia czy odpłynięcia w umysłowe treści. A tu uprasza się o łagodność względem siebie i tego, co aktualnie przychodzi. Bardzo to ciekawe i uwalniające. Choć może na popczątku irytować – trudno jest odpuszczać, naturalniej jest się starać, żeby przestać się starać.

A ponadto? Każdy z nas wybrał sobie jakąś prostą codzienną czynność, którą stara się robić uważnie. Ja wybrałam jazdę samochodem. Ale skucha, wczoraj znów się teleportowałam do pracy – wsiadłam pod domem, natychmiast uruchomił mi się wewnętrzny autopilot i ocknęłam się pod firmą. Po drodze na pewno miałam bardzo wartościowe przemyślenia – tylko za nic nie mogę sobie przypomniec – jakie. “Przepraszam za wielość przeoczonego świata na sekundę” – pisała Szymborska. Mi też jest coraz bardziej żal tych chwil, które przegapiam na rzecz siedzenia w swojej głowie.

 

SESJA 3, czwartek 19.00

            Przez kilka dni poprzedzających sesję zmagałam się z trudnymi dla mnie uczuciami – smutkiem, złością. Unikałam praktyki, chciałam uciec jak najdalej od siebie. Prawie nie wypuszczałam piliota z ręki – czarodziejska różdżka zabierająca mnie w inny świat. Ale – jak łatwo przewidzieć – bólu nie udało się zagłuszyć. Z tym przyszłam na sesję, zirytowana, że muszę tu być.

Na początek – chwila medytacji kierowanej. Paweł zachęca, żebyśmy otworzyli się na dźwięki. W przerwach między jego narracją wyłania się cisza. Czuję, jak cała chcę do niej przylgnąć. Słowa Pawła mi przeszkadzają, są zakłóceniem tej chwili zaskakującego wytchnienia. Słucham dźwięku silnika za oknem, odłosów z klatki schodowej, czyjegoś burczenia w brzuchu i … czuję, że po wielu dniach uciekania, zaczynam się zatrzymywać. “Przenieś teraz uwagę na swój oddech i ciało. Cokolwiek się pojawia, postaraj się nie chcieć, żeby było inaczej, niż jest w tej chwili” … – te słowa przynoszą mi jakąś wolność. Więc nie muszę dążyć do tego, żeby było mi lżej, fajnie, przyjemnie? Mogą się po prostu zgodzić z tym, że jest ciężko, smutno, do kitu? I dalej: “Jeśli czujesz w ciele jakieś napięcie, dyskomfort – skieruj tam swoją uwagę, przyjrzyj się temu, zbadaj w pełni świadomie”. Od wielu dni mam napięte mięśnie wzdłuż kręgosłupa – tam upchnęłam psychiczny ból; powoli – poprzez to napięcie zbliżam się do uczuć, których tak bardzo chciałabym się pozbyć.

I … robi się nieco spokojniej. Uczucia nie wyparowują, ale mniej jest oporu wobec nich i mniej strachu, że mnie zaleją, zdominują, znokautują.

To ciekawe, całe to doświadczenie jest zaprzeczeniem naturalnych, niemal wrodzonych odruchów większości z nas: jak  jest źle – to uciec, odwrócić od tego uwagę; jak coś szawankuje – naprawić albo zmienić; jak nie idzie – bardziej się postarać, docisnąć, etc. A tutaj proponują, żeby się zbliżyć do bólu, zaakceptować trudność, przyjąć niedoskonałość, zgodzić się na stan taki, jaki jest, odpuścić.

Chciałabym to umieć – sama myśl o tym jest uwalniająca. Ale przez całe życie trenowałam się w czymś wręcz przeciwnym – spodziewam się więc, że efekty nie będą natychmiastowe. “Bądź w tej pracy dla siebie łagodny, wyrozumiały” – mówi Paweł, a ja czuję, jak mnie jego słowa wyprowadzają z równowagi. Ujawniają jeszcze jedną moją niekompetencję – umiem być wymagająca i krytykująca, ale łagodna? – może dla innych, ale przecież nie dla siebie!

Na dziś czuję, że mnie to wszystko przerasta…

 

 

SESJA 4, czwartek 19.00

Nie mogłam być na sesji. Kolega przekazał mi materiały; spotkanie dotyczyło naszych reakcji na nieprzyjemne wydarzenia. Sama w minionym tygodniu obserwowałam, co się dzieje, gdy doświadczam czegoś przykrego. “Materiału” dostarczyło mi spotkanie z przyjaciółką. Powiedziała coś, co mnie zraniło i nawet tego nie zauważyła. Nie umiałam się zdobyć na asertywność. W reakcji na jej słowa poczułam, jak spinają mi się mięśnie przy kręgosłupie, robi mi się smutno, sennie, chcę już pójść do domu i zawinąć się w koc. W taksówce wyrzucałam sobie, że nie umiem się zdobyć na otwartość ani się zezłościć, jestem beznadziejna, skazana na bezradność, że to się nigdy nie zmieni. Czułam się na przemian zła na siebie i biedna, użalałam się nad sobą, a zaraz po chwili sobie dowalałam. Przespałam całe popołudnie, a jak wstałam, rozpoczęłam kolejną rundę – “nie powinnaś tak automatycznie reagować, powinnaś umieć przerwać te ruminujące myśli, skupić się na oddechu i nie pozwolić nokautować się komentarzom w twojej głowie”. Nagle ze zdarzenia, które trwało 30 sekund i nie miało żadnych konsekwencji, zrobiła się afera na kilka godzin z przerwą na sen. I to nie koniec, bo kolejnego dnia przypominałam sobie przebieg swojej reakcji, analizowałam, w którym momencie powinnam była zrobić inaczej i oczywiście w napięciu czekałam na kolejne przykre wydarzenie, które – jakże by inaczej – ponownie mnie pogrąży. Nie muszę mówić, że całe zdarzenie położyło się cieniem na mojej relacji z przyjaciółką, której na razie nie mam ochoty widzieć.

Jakie są moje wnioski? Że krzywda, którą wyrządziłam sobie sama była większa, niż to, co spotkało mnie wcześniej ze strony koleżanki. Zidentyfikowałam się z krytycznym, osądzającym głosem w swojej głowie i w ten sposób pozbawiłam szansy, żeby po prostu zaobserwować ten szkodliwy mechanizm i zdystansować się do niego. Pozwolić mu się odtwarzać bez angażowania się, wciągania w tę narrację. Zadziałałam w pełni automatycznie. Można było w każdym momencie usiąść w ciszy i skupić się na oddechu, dać sobie chociaż chwilę wytchnienia od myśli. Ale te dołujące myślotoki wydają się takie pilne, ważne i rozstrzygające… Porównałabym je do nałogu – niszczą, ale uzależniają.

Z drugiej strony – po czasie, ale jednak zauważyłam swoje uwarunkowanie. Wcielając w życie rady Filipa i Pawła o łagodnym traktowaniu siebie, powiem sobie na pokrzepienie (i – nie ukrywam – dla urody pointy): na początek – dobre i to…

 

SESJA 5 czwartek 19.00

Ta sesja nosiła tytuł “Przyzwalanie, zostawianie własnemu biegowi”. Jako że znów doświadczałam uczuć, których nie akceptowałam (w istocie to za każdtm razem to samo uczucie), wszystko we mnie sprzeciwiało się proponowanemu przez prowadzących podejściu. Kombinowałam w typowy sposób – jak by tu uciec od tej niewygody, albo co zrobić, żeby się tych przykrych doznań pozbyć. Oczywiście żadna z moich metod nie mogła przynieść długotrwałej ulgi z prostego powodu – trwałam w oporze wobec czegoś, co już i tak było, na co nie miałam wpływu, co przychodzi i odchodzi w swoim własnym rytmie. Uwolnienie przyszło kilka dni później i było to jedno z piękniejszych doświadczeń, jakie przeżyłam. Wykończona desperackim uciekaniem, opieraniem się i wysiłakmi, by zmienić swoje samopoczucie, usiadłam w ciszy z gotowością otworzenia się na to, co jest, co chce być zobaczone i doprasza się mojej uwagi. Zdałam sobie sprawę z przykurczu w jakim znajdowałam się od kilku dni – w klatce piersiowej i w brzuchu zacisnęłam emocję, z którą nie chciałam mieć kontaktu. Teraz zaczęłam oddychać do tych miejsc z intencją przyjęcia, otwarcia, akceptacji. Mięśnie powoli zaczęły się odprężać i poczułam przyjemne ciepło, a potem delikatną falę złości, która pulsowała wewnątrz. Automatycznie pojawiła się stara wierna myśl “nie powinnam się złościć”, “złość nie jest ok” – i od razu zaciśnięcie i przykurcz. A potem znów oddech do zaciśniętych miejsc i rozkurczenie. “Czy mogę przyjąć to wszystko? I to, że jest złość i to że jest myśl, która mi jej zabrania, i zaciśnięcie i rozkurczenie i opór, czy mogę to wszystko uznać i zaakceptować bez chęci zmiany?” Nie stało się to z chwili na chwilę, ale tamtego wieczoru poczułam, że  zaczynam integrować to, co przez całe życie z fatalnymi dla siebie skutkami (depresją po prostu) – odrzucam.

Teraz co wieczór siadam i “monitoruję” jak jest. Z pokorą, cierpliwością i tolerancją dla trudności. Wystrzegam się chęci “zapanowania” nad tym procesem – on dokonuje się sam, niezależnie ode mnie, tyle że za moim przyzwoleniem. Bo jakie jest wyjście? Złość będzie, dopóki nie przeminie, a pogląd, że jest zła? Nagle nie wmówię sobie odwrotnego przekonania – mam po prostu nadzieję, że w miarę doświadczania i oswajania uczuć, dawne, blokujące uwarunkowania same się rozpuszczą.

 

Niedzielny poranek, 3 miesiące później

Od kilku tygodni noszę się z zamiarem podsumowania doświadczeń ostatnich miesięcy. Na czym polega trudność? Na próbie uchwycenia zmian, które się dokonują – już jakby poza mną, bo ubywa mnie rozumianej jako osobowość, a przybywa Obecności. Jestem nieruchomym świadkiem myśli, które napływają, myśli będących reakcją na te myśli, emocji, symptomów w ciele. Nie identyfikuję się z nimi – utożsamiam się raczej z Obecnością, która je wszystkie rejestruje. I przyjmuję wszystko – poddanie i opór, uwarunkowania i cały psychiczny męczący program, którego tak usilnie strałam się pozbyć – na wszystko jest przestrzeń. Cierpienie pojawia się tylko wtedy, gdy czemuś się sprzeciwiam, nie zgadzam, by było takie, jakie jest w danym momencie, próbuję zarządzać i zmieniać. Gdy tylko zauważę tę walkę – i ją także przyjmuję – czyli mówię “tak” temu “nie chcę, żeby tak było!” – powraca spokój.

Wbrew pozorom, nie jest to zdystansowanie do życia. To raczej pełne zanurzenie w życie jakie jest, nieunikanie niczego, żadnego doświadczenia. Dawna tendencja uciekania od przykrych doznań – łapania się pilota, telefonu do przyjaciela, “zajadania” problemu, zmieniła się w lgnięcie do tego, co trudne, chęci zbadania, doświadczenia: jak to się przejawia w ciele, co chce być zobaczone, czy mogę w pełni to poczuć i przyjąć. Gdy czasem włącza się chęć skorzystania z “wyjścia awaryjnego” – czyli któregoś z dawnych sposobów reagowania, natychmiast jestem sprowadzana na ziemię – “nie, moja droga, nie unikniesz spotkania z tym, co trudne – owszem – możesz się opierać – ale tylko dłużej będziesz cierpieć”.

Codzienne życie stało się praktyką – już nie tylko formalne ćwiczenia, każda czynność, każda chwila jest pretekstem do uważności – do tracenia jej i odzyskiwania, odpływania i powracania i tak nieskończenie wiele razy w ciągu dnia: o, jaka zimna kierownica, jaka ciekawa struktura grejpfruta, ale mnie ściska w dołku gdy rozmawiam z tym człowiekiem, jak cisza dźwięczy mi w uszach, etc.

Przestałam mieć poczucie bycia jakąś skończoną, skostniałą osobowością. Już bym nie mogła powiedzieć “jestem taka i taka, reaguję zawsze tak i tak, to lubię, tego nie, na to się zgodzę, a tego nigdy nie zrobię”. W przestrzeni, która się pojawiła jest miejsce na eksperyment – a gdybym spróbowła tak? I jest odwaga, żeby puścić kontrolę, pozwolić zamanifestować się życiu tak, jak chce. Wewnętrzny obraz mnie samej utrwalony przez lata, zderza się z zupełnie nowym doświadczeniem. Wygrażam głośno kierowcy na ulicy, mając jednocześnie obraz siebie jako zblokowanej, zaciśniętej. I co? Jedno drugiemu nie przeszkadza – obraz – ale uwaga, rozpoznany, uświadomiony – sobie, a ekspresja sobie. Jak to możliwe? Tak, że obraz jest przecież tylko zlepkiem myśli, przekonań na swój temat – często przejętych od kogoś, a myśli to nie fakty. Zostały mi niejako wdrukowane w system i mają zdolność odtwarzania się w określonych okolicznościach. Ale ja mogę je obserwować i po prostu im nie wierzyć – albo chociaż sprawdzać, jak jest naprawdę.

To, co się wydarza to po prostu przeczucie wolności. Ona się pojawia, gdy nie ma już potrzeby dzielenia doświadczeń na pożądane i niechciane, dobre i złe, właściwe i niestosowne. Bo wszystko, co przychodzi – jest, po prostu – i ma prawo być, jakie jest.

Nie będzie żadnego podsumowania, bo nic się w tym momencie nie kończy – nie da się postawić kropki, zmianom nie ma końca. Niezmienna jest tylko świadomość, która rejestruje wszystko.